Buty od Renifera

Czasem w najgorszych momentach życia, kiedy jedynym światłem w tunelu jest to na czole lokomotywy, potrafi zdarzyć się coś, co podnosi nas z kolan, daje siłę i wiarę. Coś z pogranicza baśni. Bo tak naprawdę, wszystkie znane nam baśnie i bajki są o życiu właśnie.

Buty od Renifera Felieton radiowy

© Mirosław Lucjan Adamowski 2020    

Usiadłem do pisania. Przede mną wielkie okno, za nim śnieg. Najprawdziwszy, puszysty. Markotny, ubrany w szare drelichy, bezlistny listopad nagle poszedł precz. Razem z polityką, pandemią i wiatrem uganiającym się za przemarzniętymi wróblami. Tak niewiele trzeba, żeby zimne gwiazdki śnieżnych kryształków ogrzały serce. Wszystkie dobre wspomnienia, wszystkie zapachy zim z dzieciństwa, wracają dobrym echem. Drożdżowe ciasto w piekarniku i dym z kominów narożnej kamienicy, smak śniegu, który topniał na wyciągniętym języku. Siedząc teraz w głębokim fotelu idę przez album z zapisanymi w pamięci fotografiami obsypanych białym puchem chwil, wzruszeń, a czasem zdarzeń żywcem wyjętych z baśni. Oto jedno z nich…   Zbliżały się święta, ale wszystko, co się z nimi kojarzy było tak daleko ode mnie. Zawiłym losu zrządzeniem znalazłem się w Niemczech, tak bardzo innych niż moja przaśna wtedy Polska, tak obcych. Maleńka klitka na poddaszu. Żeby zagłuszyć samotność wychodziłem na długie spacery, czasem w środku nocy. Któregoś wieczoru miałem szczególne powody by nos zaliczył kwintę albo nawet oktawę. Kończyły się pieniądze, nie było widoków na jakaś dorywczą robotę. Wracać z pustymi rękami nie uchodzi. Szach, choć jeszcze nie mat. Ocknąłem się z tego ponurego zamyślenia gdzieś w rozświetlonej ciepłymi lampkami okien dzielnicy małych domków.  Niektóre z nich udekorowane świątecznie, była połowa grudnia. Jaki przepiękny widok – jak wielka taca z makowcem oglądana przez szybę ciastkarni w siarczysty mróz. Niby na wyciągnięcie ręki, a jednocześnie niedostępna.   Podniosłem kołnierz. Śnieg zaczął sypać mocniej, ale nie było wiatru. Cisza spokojnej uliczki, idylliczna, na granicy nierealności. A u mnie w bucie dziura wielkości monety. Mijałem ludzi patrzących na mnie niepewnym wzrokiem. Obcy. Musiałem wyglądać nieszczególnie w swoim długim, bardzo niezimowym płaszczu. A przecież przyszedłem tu tylko po te ciepłe światła, po spokój zaułków obsypanych lukrem śniegu. Z daleka od bezlitośnie podłej rzeczywistości gastarbeitera bez pracy i planu na jutro. Z dziurą w bucie i w sercu. Przez chwilę chciałem się nawet pomodlić o nowe kamasze, ale zrobiło mi się wstyd – dobry Bóg ma inne sprawy na głowie.   Machnąłem ręką i poszedłem w zakręconą rogalem ulicę, wspinającą się na niewielkie wzniesienie. Z jednego z domów wyszła starsza pani. Ukłoniłem się. A ona odwzajemniła takim uśmiechem, jakbym był chodzącą dobrą wiadomością. Schyliła się nad chodnikiem, coś tam położyła, wróciła do małego domku. Na zasypanym śniegiem trawniku pod dużymi oknami stał pleciony z wikliny renifer. Gapiłem się w niego orbitując gdzieś pomiędzy scenami z Królowej Śniegu, choć bliżej mi było do nastroju Dziewczynki z zapałkami. Spuściłem wzrok i skamieniałem. Przede mną stały nowiuteńkie buty, w dodatku kowbojki, wyszywane w piękne wzory. Chyba mam przywidzenia.   Duże te buty. Wystawione, znaczy można brać. Ech, co tam – zrzuciłem swoje i wlazłem w te bajkowe. Pasowały, jak ulał. I od razu poszły przed siebie, że mną w charakterze pasażera, który nic a nic z tego wtedy nie rozumiał. Ale czy zawsze wszystko musimy rozumieć?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s