Ślad

Ślad
 Felieton radiowy
© Mirosław Lucjan Adamowski

 
     Kiedy byłem całkiem malutki, nie kojarzyłem pakuneczku pod poduszką z jegomościem w purpurach i brodą jak sam śnieg. W końcu jednak zacząłem dostrzegać tajemnicze powiązania i łączyć fakty. Tata powiedział mi w sekrecie, że za podpoduszkowe podarunki odpowiada niejaki Święty Mikołaj. Podał też jego orientacyjny rysopis, a nawet znalazł gdzieś całkiem zgrabny portret pamięciowy.
 
     Na mojej pierwszej zabawie choinkowej miałem stanąć twarzą w twarz z NN, czyli Nieuchwytnym Nietutejszym. Dreszcze. Wchodząc na salę pełną misiów, zajączków, księżniczek i rycerzy z drewnianymi mieczykami, czułem się jak pajac, za którego zresztą byłem za radą Mamy przebrany. W czapce z brzydkiej, pofałdowanej bibuły wyglądałem jak krasnal, który właśnie oblał egzamin na krasnala. A, co tam. Najważniejszy był On. Siedział na wielkim krześle. Miał na sobie coś jak ciemnoczerwony szlafrok z białymi obszyciami. Na głowie czapka z pomponem – też czerwona, podobnie jak nos – nie wiedzieć czemu. Na nogach buty całkiem niepolarne – okoliczność wysoce niepokojąca. Zacząłem podejrzewać mistyfikację. Potem wszystko poszło jak na filmie puszczonym za szybko. Zawołali, ustawili  w kolejce. Byłeś grzeczny? Poproszę o drugi zestaw pytań. Wspólne zdjęcie, paczka  z cukierkami, taniec w kółeczku i do domu. Po drodze bibułkowa czapa do kosza.
 
Swoimi kanałami dowiedziałem się, że ten prawdziwy Mikołaj przyjdzie do nas już w nadchodzącą sobotę. Jak on to robi, że nikt go nigdy nie widzi? No i którędy przychodzi – bo słyszałem z niesprawdzonych źródeł, że potrafi i oknem w łazience,        i przez komin. W sobotę po dobranocce sprawdziłem łazienkę. Nie ma mowy – okienko pod sufitem tak małe, że ja bym się ledwie w nie wcisnął. A kominka u nas nie było – tylko piec ogrzewania etażowego. Kto niby miałby mu drzwiczki otworzyć?
 
A może on już tu jest? Wszedł drzwiami, niepostrzeżenie. A teraz czeka w szafie. Nie, w szafie nie ma miejsca. Tam już mieszkały potworki, które straszyły mnie co noc. Dla pewności zajrzałem – w szczelinie otwartych drzwi starego mebla błysnęły czerwone ślepia i kilka par białych kłów, a nawet jeden furkoczący jęzor. Pudło. Próbowałem dowiedzieć się czegoś od kota, ale siedział jak skamieniały, włos na sztorc, oczy w słup. Coś widział, to pewne. Sprawdziłem kuchnię i spiżarkę. Za telewizorem. W kredensie, w pralce. Pod biurkiem i pod stołem. Tam, zmęczony szukaniem, zasnąłem. Obudziłem się nad ranem na swoim tapczanie. Pod poduszką czekała nowa książka.
Ech… A tak bardzo chciałem mu osobiście podziękować. Dziwne… Książka pachniała wodą, której używał ojciec. Aaa, więc jednak tajemniczy gość jakimś cudem przecisnął się przez okienko w łazience.
 
Święty Mikołaj przestał przychodzić, kiedy dorosłem. Raz tylko wrócił, taszcząc dziecięce łóżeczko. A w nim mój mały Jasiu. I nic to, że był środek lata. Święty Mikołaj nie jest przecież święty tylko od święta. A na Grenlandii i renifery są gotowe do lotu przez cały rok. Wiele bym dzisiaj dał, by poczuć, że ktoś w tę Mikołajową noc chodził  na palcach po przedpokoju, zostawiając po sobie nad ranem ślad zapachu wody kolońskiej Taty.
 
M.L.A, Toronto 2020

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s