PROKRASTYNACJA, CZYLI JAK NIE ZROBIĆ TEGO, CO TRZEBA BYŁO ZROBIĆ

Autor obiecał napisać wstęp do Prokrastynacji, ale okazało sie, że rower w piwnicy wymaga pilnie przygotowania do wiosny, czajnik potrzebuje odkamieniacza, a stól z krzesłami w stołowym wyglądałby o wiele lepiej w drugim rogu. Wstęp napisze na pewno, kiedy tylko ustawi wszystkie 378 programów kablówki w nowym pilocie.
Chyba się jednak tego wstępu nie doczekam, zapraszam zatem; o prokrastynacji na wesoło, piórem i głosem Mirka Adamowskiego, w moich obrazach.

Prokrastynacja, czyli jak nie zrobić tego, co trzeba było zrobić
© Mirosław L. Adamowski 2020
Satyra / Podcast
Dobry tytuł i temat na krótki felieton – pomyślałem sobie któregoś wieczoru. Obiecując solennie, że następnego dnia po śniadaniu siądę do pisania. Pierwsza część planu – śniadanie – poszła rewelacyjnie. Włączyłem komputer, swój ulubiony program, wszystko gotowe, tekst mi się w głowie sam układał. Cały dzień mój, bo to sobota była. Spokojnie – kombinowałem – co nagle to po diable. Przecież nie chcę tutaj skrobać jakiegoś słowotoku. Ktoś to przeczyta, a Czytelnika trzeba szanować. Zresztą płaskiego i pustego artykułu i tak nikt nie puści. Wstałem z fotela, głęboki oddech, wszystko pod kontrolą. Kawa może? No jasne, kawa. Mleko, mleczko… nie ma mleka w lodówce. Po prawdzie, i tak miałem na jakieś małe zakupy wyskoczyć dzisiaj – poparłem w myślach rodzący się koncept. Kilka minut później siedziałem w autobusie obok zgrabnego wózka na zakupy.
 
Traf chciał, że najbliższy sklep wcale nie był tak blisko. Jak to sąsiad mawiał – bloki pobudowały i to wszystko co pobudowały. Wróciłem dwie godziny później z pełnym wózkiem, bo przecież nie opłacało się  jechać po jedno mleko. Winda zajęta, ktoś się na dziesiąte wprowadza. Ja na szóstym. Wciągnąłem jakoś wypchany jak bukłak wózeczek – nie było rady. Spociłem się przy tym jak dwa mopsy. Rozpakowanie zajęło mi więcej, niż zaplanowałem, bo trzeba było trochę w lodówce poprzekładać. Godzinę później walczyłem już z rozmrażaniem zamrażarki, bo nie lubię robić czegoś połowicznie. Zrobiła się druga z hakiem, kiedy w końcu zamknąłem francę i włączyłem agregat. Podłoga w kuchni mokra i brudna, bo kawałki lodu na niej stopniały mieszając się z kurzem. Szmata w ruch, do sucha. A jak już sprzątam, to polecę od razu sztucznym strusiem po meblach. Kiedy piszę, lubię czuć, że wokół siebie mam porządek. Kwestia komfortu psychicznego. A może jakieś natręctwo, czort go wie. Kurz z paprochami zniknął z szafek i półek mniej więcej koło trzeciej. Jak nie zrobię podłogi, to na nic cały ten wysiłek – stwierdziłem w myślach to, co oczywiste. Odkurzacz wylazł z szafy, dostał rurę i poszliśmy w tan na uwięzi. W trakcie sprzątania zauważyłem, że jeden z obrazków na ścianie wisi krzywo. Poprawiłem. Nic. Dalej krzywo. Przycisnąłem mocniej w lewo, a ta cholera wzięła i odpadła razem z gwoździem. Został po nim piękny mały krater w ścianie. Nic to, grunt – nie poddawać się. Mam jeszcze czas, na pewno zdążę ten materiał napisać – decyzja zapadła. Obrócenie do sklepu z budowlanką i z powrotem zajęło mi trochę ponad godzinę, bo autobus w tamtą stronę miał awarię. Zaszpachlowanie ściany to była betka. Jutro powieszę obraz.
 
Już po szóstej, a ja zapomniałem z tego wszystkiego  zjeść. Czasu coraz mniej, a że lubiłem sushi, postanowiłem zrobić ryż ze śmietaną i dżemem. Wlałem za dużo wody i się skubany rozszedł trochę. Wyszła z tego zupa dżemowa z ryżem. Zjadłem, pozmywałem. Telefon się odezwał. Tadzinek. Znów się z żoną pokłócił, a charakter miała kobieta niewąski. No przecież nie spławię go, żeby się tam bił z własną głową na deszczu – z parku dzwonił. Pół godziny potem, z ręcznikiem na głowie, siedział przemoknięty w fotelu przy ławie. Rozmowa była bardzo konstruktywna i doszliśmy do tego samego wniosku – nic się z tym nie da zrobić. Stanęło na tym, że Tadzio przenocuje u mnie.
 
Wspomniałem, że mam do napisania materiał. Tadeuszowi tłumaczyć nie trzeba było – miał w naszej gazecie stałą rubrykę o ogrodach działkowych. Co więcej, zainteresował się bardzo i chciał koniecznie o tym moim artykule podyskutować. Nalałem do szklanek uczciwie, postawiłem talerz z wędliną i tak przegadaliśmy do jedenastej w nocy. Kiedy poszedł w końcu spać, ponownie włączyłem komputer. Rozprostowałem palce, przeciągnąłem się jak sportowiec przed decydującym startem. Pełna koncentracja. Palce wstukały tytuł felietonu. Prokrastynacja. Patrzyłem w biały ekran i zastanawiałem się, od czego zacząć. Ogólna koncepcja jest, przesłanie jest, a ja nad głupim wstępem się biedzę jak nowicjusz. Jak coś ma być na siłę, to lepiej to chyba odłożyć – konkluzja była oczywista.
 
Następnego dnia rano głowa większa od wanny, bolało nawet światło wpadające wesoło przez niedomyte okno. Postanowiłem, że zaraz po śniadaniu się z nim rozprawię. Tadeusz nie wyglądał wcale lepiej. Brakowało nam tylko radia z tupotem białych mew. Ja miałem dodatkowo poczucie winy, że nie napisałem felietonu. Jednak ten wczorajszy dzień nie był tak do końca stracony. Nauczyłem się raz na zawsze, żeby w żadnym wypadku, przenigdy, nie mieszać żubrówki z colą.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s