Paląca sprawa

Palenie jest niemodne, co być może bardziej odstrasza od niego niż to, że jest niezdrowe, choć to właśnie dlatego jest niemodne. Ale wiedzieć o tym to jedno, zrobić z tej wiedzy właściwy użytek, to już inna bajka. Palenie wchodzi w krew. Dosłownie i w przenośni. Zawsze pod ręką. W sam raz na nerwy, jak znalazł w czasie przerwy. Świetne antidotum na nadmiar gotówki w kieszeni. Jeśli palisz od lat, lepiej nie sięgaj po kalkulator, bo się zdenerwujesz i sięgniesz po papierosa. Ale jeśli Ci się nie pali, to najnowszy felieton już czeka.

Paląca sprawa

© Mirosław L. Adamowski 2021 Felieton / Podcast

Długo opierałem się pokusie puszczenia dymka. Sport nie szedł w parze ze sportem bez filtra. Zresztą tylu ludzi dookoła paliło, że nie trzeba było się trudzić paleniem własnym, by się nawdychać.

W restauracji, klubokawiarni, na rynku i na plaży. W przedziale dla palących chociażby, kiedy nie było miejsca w tym dla niepalących, a w tamtych czasach miejsca nie było z reguły ani w jednym ani w drugim. Zostawał korytarz, a w nim warkoczyk siwego dymu nad głowami ciasno poupychanych współpasażerów. W takich warunkach palił nawet ten, kto nie palił. Marna pociecha, że palił za darmo.

            To były czasy, kiedy prawie w każdym domu ktoś palił. Firanki zbierały dym szarzejąc stopniowo i rozsiewając po mieszkaniu subtelny aromat popielniczki. Palono nawet w czarnobiałym telewizorze, mało który film obywał się bez dymu z papierosa, albo fajki – jeśli był historyczny. Biegało się do kiosku po paczkę klubowych i tabletki z krzyżykiem – te ostatnie dla babci.

            Byłbym w tym dzielnym, a zdrowym oporze trwał pewnie, bo wolę mam tak silną, ze robi ze mną co chce. Niestety i ja poległem, przy czym to słowo pasuje jak ulał, bo bój z papierochem przegrałem w armii. Co dnia to samo – biegiem, padnij, powstań, zasadzka pod gałęziami, śniegiem, okopywanie się saperką w błocie. Wolnego czasu tyle, co w łusce prochu. Koledzy z ulgą sięgali do kieszeni na piersi polowego munduru, kiedy tylko trafiała się chwila na papierosa. Dla mnie jako niepalącego, kapral zawsze znalazł jakieś zajęcie.

            Szybko do mnie dotarło, że choć palenie jest szkodliwe, to w tych specyficznych okolicznościach szkodzę sobie bardziej, nie paląc. Kiedy więc następnego dnia padła komenda „wolno palić”, czym prędzej zaciągnąłem się demonstracyjnie. W głowie busola spadła z osi, świat zatańczył razem z wyraźnie zawiedzionym kapralem. Tego dnia poza wstąpieniem do niechlubnego klubu palaczy zaliczyłem także cenna lekcję. Paląc jak inni schowałem się w tłumie, stałem się niewidzialny, życie od razu o te kilka stopni łatwiejsze. Co już sama natura dawno odkryła – zapytajcie kameleona.

            Mimo, że miało być tylko sprytnym fortelem na czas wojska, palenie zostało ze mną. Na jakieś trzydzieści lat – od dwóch nie biorę papierosa do ust. Nie potrzebowałem specjalnego programu, plastrów ani tabletek. Rzuciłem jednego dnia po wbijającej w ziemię rozmowie z lekarzem. A ta historia dowodzi, że czasem drzwi szeroko otwarte na wejściu, potrafią się zatrzasnąć na całe lata, kiedy spróbujesz wyjść tą samą drogą.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s