Kiedy jesień bywała wiosną

Ten felieton zainspirowała prawdziwa historia sprzed lat. Niedługo po jego napisaniu, z tej samej inspiracji, powstała piosenka „Maturalna”. Teledysk na moim blogu i kanale YT

Kiedy jesień bywała wiosną

© Mirosław Lucjan Adamowski 2020

Tuż przed wyjściem na zakupy żona spytała:

– A ty maskę masz?

Nie miałem akurat – trochę głupio mi się zrobiło. Popatrzyłem w lustro szafy, jak na złość wielkie. Fakt, miała prawo się pomylić. Twarz nalana, włos cofnięty, worki pod oczami, ani śladu podobieństwa do którejkolwiek z gwiazd filmu, chyba że uwzględnimy Fernandela. No cóż, prawda czasu nie zawsze jest prawdą ekranu. Trzydzieści kilo temu było znacznie lepiej, nie ma co kryć. Tymczasem gość w lustrze chyba pomyślał podobnie, bo odwrócił wzrok w kierunku oszklonych szczodrze drzwi na balkon. A tam jesień przecudna, złota, szkoda, że nie polska.

Jesienna paleta prosto z boskiego atelier obudziła wspomnienia sprzed lat. Niewielki budynek szkoły otoczony pięknym parkiem. Gwar, śmiech, fruwająca pod sufitami beztroska młodych lat, choć dookoła zgrzebnie, szaro. Rzeczywistość schyłkowego PRL-u skrzeczała siedząc na słupie przy szkolnym internacie. W tamtych czasach byłem nad wyraz nieśmiały. Tak nieśmiały, że moja pierwsza dziewczyna nawet nie wiedziała, że nią jest. Stałem sobie w kącie na przerwach, patrzyłem, jak inni rozmawiają o rzeczach, o których nie miałem pojęcia, umawiają się na spotkania po lekcjach. Widać było szkolne sympatie, pary, małe i większe dramaty. Słowem, miniatura życia, jakie czekało na nas za kilka miesięcy.

Był tam u nas chłopak, który nieśmiałością przewyższał mnie o głowę, mimo, że w klasie byłem najwyższy. Było w nim coś z Pierre Richarda – może państwo pamiętają francuskiego komika. Trochę Kobieli z “Zezowatego szczęścia” też w nim było. Kiedy szedł środkiem dużego szkolnego holu wypełnionego żywym srebrem płci obojga, wyglądało to tak, jakby przedzierał się przez niewidzialne zagony tarniny, w dodatku w zwolnionym tempie. Jego szkolna torba na długim pasku prawie ciągnęła się po ziemi, jak na rysunkowych filmach. Szybko poczuliśmy wspólnotę beznadziejnego onieśmielenia w tym energetycznym środowisku. Staliśmy odtąd w kącie we dwóch, a wkrótce dołączył do nas trzeci kolega, który był cokolwiek niestandardowy. Na tyle, że raczej nie otaczał go wianuszek chętnych do rozmowy. Z tego kąta patrzyliśmy na przerwach, a to w podłogę, a to przez okno, a to – ukradkiem – na piękne koleżanki. To było technikum ogrodnicze, proszę Państwa, ale sądząc po tym, kto po tych korytarzach się przechadzał, nazwałbym je raczej szkołą róż. Bez najmniejszej przesady.

O krok od dorosłości, byliśmy wszyscy w apogeum młodzieńczego rozmarzenia, gotowi świat zmieniać, góry szklane zdobywać, kochać tak, że ach i serca łatać, przebite strzałą rysowaną na tablicy szkolną kredą. Piękny czas, Państwo na pewno pamiętacie, jak smakowało odkrywanie świata dotąd pozostającego za kurtyną tajemniczości, a przez to tym bardziej ekscytującego. Zbysio, ten mój nieśmiały kolega, niczego nie odkrywał, nic go nie ciągnęło, nie cierpiał cierpieniem Młodego Wertera, maślanymi oczami nie wodził za   koleżankami. Nawet za Dorotą, która była królową naszych szkolnych korytarzy. Nie szło na nią nie patrzyć, a im człowiek więcej patrzył, tym bardziej do niego docierało, nie te progi, nawet nie myśl, nawet nie zaczynaj marzyć. To i nie marzyliśmy. Dorota była bardzo sympatyczna, miła, wcale nie zadzierała nosa. Tym gorzej, kiedy czasem podeszła, żeby zapytać na przykład, w której klasie matma dzisiaj, myśmy dukali, bąkali coś pod nosem, byliśmy jak trio stanowiące parodystyczne przeciwieństwo braci Gibb z Bee Gees – szalenie wtedy popularnego.

Jesienią dzień tuli się w zmierzchu wcześniej. W przyszkolnym parku, gdzie niejeden raz po lekcjach z wielkich drzew liście spadały pocałunkami, dyskretnie odwracaliśmy głowę, ciągnąc się na autobusowy przystanek, bo szkoła była za miastem. Zbysio siedział z czołem przy szybie, drugi kątowy, czyli Mateusz dojadał nieskończone z drugiego śniadania kanapki, a ja zastanawiałem się, czy mnie też spotka taka piękna chwila, zanim opuszczę mury tej parkowej szkoły.

Spotkała. To jednak całkiem inna opowieść. Posłuchajcie lepiej tego: jakiś czas po maturze dowiedziałem się, że Zbysio i Dorota pobrali się. Dorota. Ta Dorota, zjawiskowa, nieziemska. I on, niewidzialny, szary, niepozorny, jakby go żywcem wyjęli z opowieści o Dzwonniku z Notre Dame. Mało tego. Okazało się, że od początku szkoły byli parą. No to ja teraz wiem, co to znaczy, że cicha woda brzegi rwie. Chyba napiszę o tym piosenkę.

A tę historię opowiedział państwu nieśmiało Mirek Lucek Adamowski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s