Lampiony naszych serc

Lampiony naszych serc
© Mirosław Lucjan Adamowski 2020
 
Ktoś zasnął za kółkiem zmęczony po nocnej zmianie. Nawet nie zauważył, że deszcz przykleił mu do szyby kartonik kolejowego biletu. Chwilę potem wsiadał już do pociągu na małej stacji, spowitej ciszą mgły. Żona nie zdążyła nawet pomachać na pożegnanie, kiedy ostatni wagon znikał pod otwartym semaforem. Zamknął się tuż za nim. Została na peronie z milionem słów niewypowiedzianych.
 
Kilka ławek dalej, pod dworcową wiatą siedzi ktoś, kto bilet na swój pociąg znalazł pod szpitalną poduszką. Nie można go oddać, kasa nie przyjmuje zwrotów. Jeszcze czas. Jeszcze nie zapowiadali. Najbliżsi czekają razem z nim. A może odwołają, może nie przyjedzie. Przecież zdarza się, że nie przyjeżdża. Przyjechał. Zawsze przyjeżdża, czasem tylko się spóźni. Dobrotliwy konduktor nie pogania. Pomoże wdrapać się na schodki. Dziurkacz ugryzie bilet. Szary Anioł siedzący na dachu wagonu zagra na akordeonie ulubioną melodię pasażera w jedna stronę.
 
Jeszcze kto inny miał właśnie wychodzić do pracy, kiedy szklanka z kawą poleciała mu z tracącej czucie ręki na posadzkę z perfekcyjnie ułożonych kafli, w perfekcyjnie urządzonym domu w najlepszej dzielnicy miasta. Na pewno dostanie bilet pierwszej klasy. Dla niepalących.
 
Młoda kobieta nie umiała już żyć, uciekła więc, skoczyła na oślep na spotkanie z pędzącą lokomotywą, choć to nie był jej dzień w rozkładzie jazdy.
 
Dziecko w szpitalnym łóżeczku. Oplątane kroplówkami i przewodami czuwającymi nad jego małym sercem. Puk puk, puk puk, puk puk. Jak stukot kół na miękko wyściełanych puchem szynach. Zaśnie, usypiane kojącym rytmem, zanim dowie się, że życie nie jest bajką.
 
A tamtych dwoje, którzy w nierozłącznej miłości od tak wielu lat, zasnęli razem trzymając się za ręce. Spała szczęśliwa pewnością wspólnego przebudzenia, kiedy on już gramolił się z nieporęczną walizką do wagonu 8, przedział 12, w środkowej części pociągu. Obejrzał się, zdziwiony, że jej tu nie ma. Przecież już lizak w górze, już z głośników spadł cichy sygnał gongu. Osobowy przyspieszony ze stacji… Jak to możliwe? Może wsiadła do innego wagonu? Bez niej jak bez ręki, bez niej bezradność, koszula zapięta nie na ten guzik co trzeba. Szuka w kieszeni płaszcza telefonu. Zaraz się wszystko na pewno wyjaśni. Zamiast tego palce trafiają na mały kartonik.
 
Odchodzą. Zawsze nie w porę. Zawsze za wcześnie. Skała odrywa się od wielkiej góry i spada na nas największym ciężarem świata, który mieści się w trzech niepozornych literach. Ból. Świat wywraca się do góry dnem jak uderzony olbrzymią falą jacht. Potem przychodzi pustka, której nie sposób ukoić, zagłuszyć. A jednak wstajemy z kolan, podnosimy się z otchłani i sięgamy dłonią klamki drzwi do jutra. Dano nam życie i żyć trzeba, więc żyjemy. Przez jakiś czas będziemy szli inna drogą niż Oni. Ich pociągi migają nam oknami pomiędzy pasmami drzew. Koła stukają pod sufitem, kiedy zasypiamy. A Oni, przychodzą do nas czasem we śnie, pogodni. Bliscy tak, że od tej ich bliskości rozświetlają się w naszych sercach uliczne latarnie miasteczka, z zaczarowanym dworcem, na którym jest tylko jeden peron.
 
Czas zaprosić ich na ciepły jesienny wieczór przy świecach. Trzeba tylko jeszcze wykupić peronówkę.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s