Lawina

Skąd Lawina jako tytuł felietonu o pandemii? Ani nad jedną ani nad drugą nie mamy kontroli. Obie zaczynają się niewinnie, nabierając stopniowo złowrogiej mocy. Obie pokazują, jak bezbronny może być człowiek w konfrontacji z potęgą destrukcji, opierającą się próbom okiełznania. Lawina, która wciąż się toczy…

Lawina

Felieton radiowy

©Mirosław Lucjan Adamowski 2020

Antybohater mojego dzisiejszego felietonu jest mały, wredny i złośliwy. Jest kwintesencją zła, przynajmniej z naszego, bo nie ze swojego punktu widzenia, którego z natury po prostu nie ma. Nic sobie nie robi z naszych mądrości, ma gdzieś to, co o nim mówimy i myślimy. Śmieje się w nos tym, którzy negują jego istnienie, a są tacy i to wielu. Po nim to spływa, żeby nie powiedzieć dosadniej.

 Mimo zatrważających statystyk i coraz bardziej budzących grozę doniesień z całego świata – zwłaszcza z Europy, zwłaszcza z Polski, wciąż wielu twierdzi, że to blef, jakiś spisek niewiadomego establishmentu, że nie ma żadnej pandemii. Grypa gorsza. Maski, obostrzenia, wszystkie te kroki podejmowane w różnych krajach w różnym stopniu, to jedna wielka ściema. No cóż, każdy ma prawo do własnej opinii. Nie można wszak negować faktów. Prostych, odartych z nadinterpretacji. A te są druzgocące w swojej wymowie.

Mały bandyta, którego bez mikroskopu nie zobaczysz, idzie przez świat lawiną. Pierwsza już przeszła, zostawiając po sobie tragiczne żniwo. To był dla wszystkich szok, z którego ciężko się otrząsnąć, bo jest jak zły sen. Firmy wysyłały pracowników do domu. Rządy włączyły się w bezprecedensową pomoc interwencyjną. Lotniska stanęły jakby ktoś zatrzymał film w stopklatce. Służby medyczne weszły w bitwę jako awangarda, robiąc co w ludzkiej mocy i więcej. Wszyscy widzieliśmy w wiadomościach padających z nóg lekarzy, ratowników i pielęgniarki. Niektórzy zapłacili za to życiem. I wciąż płacą. Wiele firm nie przetrwało wiosennego uderzenia. Pamiętam widok tablic przy budynkach magazynów i fabryk na jednej tylko ulicy. „W leasing”, „do wynajęcia”.

Potem ucichło, ale to była cisza przed burzą. Przez świat toczy się druga fala. To, co dzieje się teraz dowodzi, że jest o wiele gorsza. Statystyki zachorowań i zgonów powiązanych z COVID19 są jak z horroru. Powoli obojętniejemy na ich suchą wymowę, bo cyfry zaczynają zmieniać się jak na liczniku w dystrybutorze paliwa. Pojemność baku dawno przekroczona, benzyna leje się strugą na beton. Wystarczy iskra. Kiedyś skończy się logistyczna i organizacyjna – o ekonomicznej nie wspominając – elastyczność systemu. W Polsce, w Anglii czy Francji, mamy już do czynienia z zarządzaniem kryzysowym. Mówi się o narodowej kwarantannie. Stadiony idą na szpitale. To brzmi jak fragment scenariusza katastroficznego filmu. Na ironię zakrawa fakt, że nikt w tej chwili nie zawraca sobie głowy dylematem, czy pozwalać w tym czy innym kraju na zakrywanie twarzy przez kobiety. Wirus pozakładał maski nam wszystkim, czy to meczet, czy kościół albo synagoga – wszyscy jesteśmy zjednoczeni w walce z tym samym przeciwnikiem. Surrealistycznych skutków ubocznych pandemii jest więcej – dzisiaj do banku nie tylko możemy, ale wręcz musimy wchodzić w masce. Dwa lata temu mielibyśmy na plecach ochroniarza i policyjny patrol w drodze.

Lawina wciąż się toczy. Pozostaje mieć nadzieję, że w pojedynku z tą małą wredotą, sędzia nie wyliczy ludzkości do dziesięciu. Musimy ten pojedynek wygrać. Nie mamy zapasowej planety. Ponoć jest jakaś nadająca się do zamieszkania w gwiazdozbiorze Centaura. Tyle, że u nas kwarantanna – nikt nas tam teraz nie wpuści.

Tymi prostymi refleksjami podzielił się z Państwem zamaskowany

Mirosław Lucjan Adamowski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s