Wybaczyć

W środku białego dnia, smutek po stracie bliskiej osoby spotkał się w oczyszczającej burzy myśli z budzącym się słońcem nadziei, otuchy, miłości do ludzi. Za sprawą przypadku, który być może wcale przypadkiem nie był.

Wybaczyć

Felieton radiowy

© Mirosław Lucjan Adamowski 2020

Jesień wzięła nas już za rękę i prowadzi prosto w bezlistną melancholię listopada. Jeszcze nas pogłaszcze stygnącym słońcem, da się napatrzyć na pomalowane indiańskim latem drzewa. Świat powoli zmienia się z kolorowej pocztówki w czarnobiałą fotografię z albumu, który już niedługo przysypie śnieg. Gramy w tym serialu od pierwszego dnia naszego życia. Zmienia się tylko scenariusz i obsada kolejnych sezonów. Dziś chciałbym państwu opowiedzieć jeden z epizodów mojego własnego filmu. Okruch w morzu życia, mgnienie. Każdy z nas ich doświadczył. Czasem wsiąkają w chodnik z pierwszym deszczem, a czasem zostają z nami, jak drogowskazy, które nie zawsze potrafimy odczytać od razu.

Miałem w podstawówce kolegę, który braki w nauce, kompleksy, odbijał sobie i to dosłownie, na mnie. Bez powodu. Nigdy nie oddałem. Nie wyobrażałem sobie, jak mógłbym kogoś uderzyć. On – niech mu będzie Gienek – nie miał z tym żadnego problemu. Co więcej, był bardzo popularny wśród dziewcząt, zawsze otoczony wianuszkiem kolegów. Ja, wręcz przeciwnie – laluś, fajtłapa. Gienek zaszedł mi głęboko za skórę. Pal sześć rozbity nos. Ujma na moim chłopięcym honorze – to było najbardziej bolesne.

Minęło kilka lat. Z brzydkiego kaczątka nie wyrósł może łabędź, ale kawał chłopa na pewno. Czasy, kiedy każdy kto chciał mógł mnie puknąć na odlew, minęły bezpowrotnie. No i co teraz powiesz Gieniu? – Wyobrażałem sobie czasem, jak to Gienek leży pod moją fachową dźwignią na łokieć i przeprasza.

Mijały kolejne lata. Aż przyszedł ten smutny rok. Polska. Dziura, otchłań po człowieku, który był w moim życiu tak ważny. I miał być w tym życiu na zawsze. Zamiast tego – świeżo udeptana ziemia i znicze. Wracałem przez cmentarz okrężną drogą, jakbym nie był jeszcze gotowy wrócić do codzienności. Wiatr przewracał wazoniki na płytach nagrobków, gasił płomyki w plastikowych zniczach. Z kamiennych tafli patrzyły na mnie twarze tych, którzy przeszli na drugą stronę weneckiego lustra.

W pewnej chwili coś zatańczyło na peryferiach świadomości. Twarz, imię, a może tylko złudzenie? Cofnąłem się o kilka kroków. Musiałem przeczytać kilka razy, zanim do mnie dotarło. Twarz zmieniona latami, ale ta sama przecież. Nie może być mowy o pomyłce. Gienek. Przy jego grobie ławeczka – opadłem na nią, jakby ktoś dał mi nogi z gumy. Przez głowę przebiegł cień jego szeptu – A ty, co teraz powiesz? -. Nagle cały ten mój wyimaginowany odwet, moja odpłata, moja zemsta, spłynęły razem z jakąś łzą, której nie potrafiłem zatrzymać. I myśl, że zawołał mnie tu, że to nie jest przypadek. Może chciał podać mi rękę na zgodę, może przeprosić? Nie, Gienek nie przepraszał. Wyryte w granicie słowa: “Kochany mąż i tatuś”… Ktoś go kochał, dla kogoś był najdroższy i najlepszy. I pewnie taki był. Do diaska, przecież są też i dobre wspomnienia, wcześniej wytarte, wygumkowane, bo nie pasowały mi do mojej złości. Zamknąłem oczy. Uścisnąłem tę dłoń, którą do mnie wyciągnął.

Uczucie dziwnej, nieopisanej ulgi opadło na mnie jak szal z babiego lata. Przed oczami zatańczyły twarze. Gienek. Kapral z wojska. Fałszywy kolega z pracy. Wszyscy ci, którym chciałem pewnego dnia odpłacić pięknym za nadobne. Jak slajdy na karuzeli rzutnika, te twarze krążyły wokół mojej głowy, coraz bardziej rozmywając się we mgle tłumiącej wszystkie negatywne myśli i emocje. Już nikomu nie chciałem za nic odpłacać. Dotknąłem zimnej płyty – strasznie tu u ciebie Gienek, wieje. Zrób coś z tym, bo głowę urywa. Na pewno masz chody na wyższych piętrach. – – Wierzcie lub nie, zrobiło się cicho, jakby ktoś zamknął okno usypiając w sekundę szalejące w przeciągu firany.

Za cmentarną bramą ulica pachniała skoszoną trawą i rozgrzanym asfaltem. Myśli płynęły za mną, plącząc się jak motyle ze znaczkiem „nauka jazdy”. Chrzanić rewanże, odwety, a jeśli Zemsta, to tylko Fredry. Przecież – dotarło do mnie – mi też ludzie odpuścili, dali żyć. Dali się cieszyć każdym nowym dniem, jaki by on miał nie być. Dziękować im za to od serca, bo to wielka rzecz, wybaczyć. Może taki właśnie jest sens tych słów – przekażmy sobie znak pokoju. Prostych i uniwersalnych jednocześnie. Żaden z nas nie jest pierwszym, który rzuci kamień. Ale możemy pierwsi wyciągnąć dłoń. Tak, Gieniu, zrozumiałem. I do widzenia za jakiś czas.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s