Kopytka od Stefanka

Kopytka od Stefanka. Podróż w czasie, najlepiej w porze obiadowej. Zamiast latającego dywanu – taca płynąca wzdłuż lady. Sztućce przy kasie. Cerata na stołach. Niebo w gębie. Tyle tytułem wstępu, bo kasza stygnie.

Kopytka od Stefanka

© Mirosław L. Adamowski

Z okna na drugim piętrze kamienicy dobiegł głos mamy, wołającej mnie według niepisanego kanonu matczynych zawołań – z przeciągniętymi środkowymi samogłoskami. Waaaaaaaldek! Małgooooooooosia! U moich stóp wylądowało zawiniątko. Wiedziałem w czym rzecz. Mama przyniosła pewnie z pracy girlandę zeszytów do poprawiania i nie starczyło czasu na gotowanie.

„Idź do Stefanka, weź sobie kopytka z sosem. Za resztę kup mały chleb i pół kostki masła”. Pół kostki. Ech… takie to były czasy. A Stefanek, to bar samoobsługowy na rogu naszej ulicy. W zawiniątku prócz kartki kilka monet, w tym ze cztery srebrzysto-matowe pięciozłotówki z rybakiem.

Popchnąłem mocno dwuskrzydłowe drzwi. Obrażone, oporne, skrzypiąco otworzyły przede mną wnętrze jaskini, przy której Sezam Ali Baby zarumieniłby się ze wstydu. Po prawej sala ze stołami śniącymi o haftowanych obrusach. Starszy pan pochylony w skupieniu nad talerzem rosołu. W samym rogu mężczyzna w garniturze czytający Trybunę Ludu. Po lewej cud cudów – rampa z cienkich pasów blachy pokrytych brązowym igielitem. Droga do nieba jak dla mnie, choć w rzeczywistości wiodła prosto do kasy. Sprawdziłem kieszeń. Są. 

Za rampą, na długiej ladzie wylegiwały się pod nagrzewającymi lampami talerze dymiące aromatami, od których język zaczynał w ustach tańczyć. Gulasz z gryczaną. Racuchy w słodkim pudrze. Pieczeń wieprzowa, klopsiki w koperkowym, jajka w musztardowym. A między nimi, marzenie moje spełnione – kopytka w sosie grzybowym. Wyciągnąłem się jak długi, choć wtedy byłem jeszcze krótki. I już. Wskoczyły na tacę. Po drodze próbowałem odwrócić wzrok od miseczki kuszącej krążkiem śmietany na malinowej czerwieni kisielu. Nie dało się. Co tam. Niewinne odstępstwo od matczynej instrukcji.

– Schabowy z ziemniakami i buraczki raz! – aż podskoczyłem, kiedy korpulentna kucharka zanurkowała pod lampy, puszczając ślizgiem po lśniącej ladzie pełny talerz. Mężczyzna w garniturze odłożył gazetę i krokiem lorda popłynął po specjalne zamówienie. Kieszeń od marynarki miał lekko odprutą. Taki lord, jaki Stefanek.

Pani przy kasie popatrzyła na moją tacę, na mnie, a potem jeszcze w jakąś siną dal własnych marzeń zmęczonych czekaniem na spełnienie. Westchnęła. Podniosła pulchną dłoń gestem primabaleriny. Stuknęły wielkie klawisze, brzęknęła wyskakująca szuflada. Z mojej otwartej płasko dłoni zniknęło kilka monet. Usiadłem przy stole pod oknem. Zapach sosu zmienił ulicę za brudnawą, zaparowaną szybą w kuchnię w domu babci, wycinającej ze spłaszczonego wałeczka ciasta najlepsze na świecie kopytka, w sam raz do sosu z grzybów zebranych o świcie w starym lesie za groblą.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s