W objęciach słońca

Dmuchany materac był kiedyś w każdym domu. Leżał gdzieś na półce, wyciągany tylko, kiedy rodzina nawiedziła, a łóżek zabrakło. Do spania nadawał się średnio. Za to na wczasach w Ustce czy Łebie – jak znalazł. Na leżąco albo na oklep, stawiało się na nim czoła fali. Aromat gumowanej materii fantastycznie komponował się z morską bryzą.  Niewprawny żeglarz spadał czasem z takiej tratwy, bo lubiła wyskoczyć spod niego jak delfin. „W objęciach słońca” – felieton o wczasach w tamtych czasach.

W objęciach słońca

© Mirosław L. Adamowski

Chroniczne niedostatki na sklepowych półkach, legendarne nagie haki w mięsnym i szarość socjalistycznej urawniłowki, to scenografia życia kilku powojennych pokoleń. Paradoksalnym efektem wszechogarniającej nijakości było to, że wszystko, co od niej odstawało, miało posmak luksusu, przygody, niebywałej atrakcji. Jedną z nich były wczasy pracownicze. Na przeciętnie dwutygodniowy turnus czekało się z utęsknieniem, odliczając dni do wyjazdu.

Mama zaczynała pakowanie z dwutygodniowym wyprzedzeniem. Ojciec nadmuchiwał materac, a potem nasłuchiwał, czy powietrze nie schodzi. Ja też pomagałem dmuchać, aż mi się w głowie kręciło. Piłka plażowa, maska do nurkowania, paletki do badmintona. Szary, brzydki koc. Plastikowe okulary przeciwsłoneczne, czapki z daszkiem, słomkowy kapelusz dla mamy. I najważniejszy, absolutnie niezbędny produkt. Olejek do opalania. Dużo olejku.

Do ośrodka położonego w pachnącym nieziemsko sosnowym lesie za pasem wydm dowoził nas zakładowy autobus. Pokorne czekanie przy recepcji. Wreszcie jest! Gruszka z kluczem i wypalonym imieniem kempingu. Teraz już tylko dociągnąć toboły serpentyną ścieżki prosto do naszego domku z bajki, a dokładniej mówiąc – z dykty. W rozgrzanym jak piekarnik wnętrzu subtelny zapach resztek zimowej wilgoci. Metalowe łóżka, stolik, krzesła, wąska szafa. Od razu wybiegałem w niedopiętych sandałach nacieszyć się drzewami, malowanymi chatkami, które poprzysiadały na niewielkich pagórkach i w dolinkach. Świetlica z telewizorem i grami na niepogodę. Chińczyk, warcaby, bierki.

Czas na plażę. Materac, piłka, koc. Olejek. Jakie tam UV. Opalić się na ciemno – o to chodzi przecież. Biała flaga na wieżyczce ratownika, morze jak stół. Zimna, szczypiąca woda. Zamki z mokrego piasku. Potem na stołówkę. Mama wniebowzięta – nie musi gotować. Po obiedzie spacer po otaczających lasach, zbieranie jagód i poziomek do metalowego kubka. Wieczorem marsz do wspólnych łazienek, z ręcznikiem na ramionach, mydelniczką, szczoteczką i pastą. Sen do akompaniamentu szumu morza i szeptu wiatru w sosnowych igłach. Rano otwierało się drzwi wprost na orzeźwiający chłód pachnący rozespanym jeszcze słońcem, skąpanym w morskiej bryzie.

Zastanawiam się, wspominając tamte czasy, na czym polegał fenomen radości, jaką umieliśmy wtedy czerpać z czegoś tak zgrzebnego, bo na zdrowy rozum, żadne to przecież nie były mecyje. Może bardziej potrafiliśmy doceniać piękno chwil, małych szczęść, cieszyć się tym, co dobre – w nienajlepszych przecież czasach. Tak po prostu. Może nie o czasy tu chodzi, tylko o nas właśnie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s