Preludium

W marcowym garncu zima rozpycha się łokciami. Dmucha, śniegiem sypnie, cienkim lodem kaczki postraszy na jeziorze. Jeszcze szaro, jeszcze wieje i kurtka z kapturem obowiązkowo. Wiosna się do bójki nie pcha. Siądzie na brzegu rzeki i twarz podniesie. Słońce z ciekawości wyjrzy zza chmur i od razu się w tej twarzy zakocha. Zima zbiera manatki. Na kilka miesięcy schowa się do wielkich sklepowych zamrażarek. Wiosna wstanie, pójdzie w pląsach przez świat szary, budząc go tak, jak to tylko wiosna robić potrafi. A my za nią, wiosenni.

Preludium

© Mirosław L. Adamowski

Ile już dni bezlistnych za plecami, nie licząc igieł, bo zostały na zimę, kłując oczy swoją nieprzytulnością. Nagie drzewa rozpościerają długie palce gałęzi, wyglądających jak ilustracja układu nerwowego z podręcznika anatomii. Śnieg z deszczem do spółki spłukał z kliszy soczyste barwy, zostawiając nam monotonny seans z gatunku noir.  Szarość w przemokniętym płaszczu pałęta się wieczorami po parkach i ulicach, rozchlapując soloną breję, która jeszcze rano była białym puchem. Jak nie pada, to wieje.  A to trzeci miesiąc roku i dość już do diaska takiej scenografii, od której nos na kwintę, a myśli spadają ledwie spróbują otworzyć skrzydła. Nic się nie chce, nie chce się nawet chcieć. Ludzie przemykają chodnikami, pochowani w kaptury i kołnierze. Widać tylko oczy. Zmęczone, przygasłe.

I oto, kiedy się już wydawało, że brezentowa płachta zostanie nad nami na zawsze, pojawiają się na niej rysy. Światło przecina ciężkie głazy chmur. Ledwie muśnie błotniste ścieżki i znów znika za, broniącą swojego imperium smutku, przesłoną ołowianych sterowców. A jednak to niepozorne dotknięcie słońca, lekki pocałunek na pożółkłych trawach, na mokrych, śpiących gałęziach, zostawia ślad. Coś się budzi. Niewidocznie jeszcze, nieśmiało. Woda w strumieniu nabiera żywego poblasku, jakby wpadł w nią słoneczny promień. Ptaki śpiewają coraz śmielej. Nie widać ich, ale pełna dysonansów i harmonii na przemian skrzydlata orkiestra daje tusz na wejście tej, której tak bardzo pragniemy, na którą czekamy. Preludium zaledwie, a tyle w nim radości. Bluszcz – od dawna podejrzewany o konszachty z magią barwy nieustalonej – z dnia na dzień zazielenił się całym dywanem, jakby go ktoś nocą z wielkiej rolki rzucił przed siebie między śpiące buki i jesiony.

A słońce znów uderza w chmurzyska, rozsuwa je, rozpędza. Obraca w palcach zziębniętą planetę, przygląda się jej. Od tego spojrzenia, jak od dotknięcia gałązką kwitnącej leszczyny, spada czar złego zaklęcia. Gałęzie wypełniają się sokiem, nabrzmiewają z wolna w objęciach coraz dłuższych dni. Lada chwila pierwsze konary obsypią się jasnozielonym puchem stulonych listków. Wiosna zaraz tu będzie. Już możesz ją poczuć. Pachnie rozgrzanym mchem. Idź pomiędzy przeciągające się leniwie drzewa. Bądź jednym z nich. Otwórz ramiona, zamknij oczy. Pozwól dłoniom wypuścić liście. Niech bluszcz gramoli się na twoje stopy. Jak na cofniętej taśmie filmu zrosną się połamane skrzydła, kolory znów nasycą obraz w twoich oczach. Bądź wiosną. 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s