Dyrdymały historii. Część III

Wynalazki, odkrycia, przełomowe momenty w rozwoju ludzkości. Każdy z nich wnosił coś nowego, z reguły lepszego. To dzięki ludziom wyprzedzającym własną epokę, sięgającym poza nawiasy konwenansów i ustalonych kanonów nauki i zwyczaju, jesteśmy gdzie jesteśmy.  Czasem historia takich wiekopomnych olśnień, przełomowych dokonań nauki, odkryć geograficznych, jest ciekawsza niż ich faktyczne efekty opisane już w podręcznikach historii. Jak w teatrze. Za kulisami często ciekawiej niż na scenie.

Dyrdymały historii – część III

© Mirosław L. Adamowski

            Zostawmy na razie naszych przemiłych jaskiniowców, uradowanych, że udało im się w końcu oswoić ogień i mają ciepło, jasno, a rachunków nie płacą. Wrócimy do nich, bo to nasi przodkowie i choć maniery mieli jaskiniowe, komu jak komu – im wybaczyć trzeba.

            Wiele późniejszych odkryć było dziełem nie tylko potrzeby, ale i pomyłek, przypadków, zakręconych pomysłów, jak choćby śruba Archimedesa.  A pomysłowość ludzka granic nie zna.
            Przekraczając granice rozsądku w swym uporze, by wielką armię i ogromne stado bojowych słoni przeprowadzić do Rzymu przez Alpy, pewien znany przywódca wpadł ponoć na pomysł, by zagradzające drogę głazy, rozbijać przy pomocy octu, który wlewano do wydrążonych wcześniej otworów. Rozpuszczał kamień, który łatwiej było klinami rozłupać. Wódz na słoniach Alpy przeszedł i tak się tymi sukcesami cieszył, że urządził swojej Hannibal.

            Nobel Alfred kombinował z nitrogliceryną. Z nitrogliceryną lepiej nie podskakiwać, a już na pewno jej na ziemię nie upuszczać. A Nobel wziął i upuścił. I nie byłoby dziś Nagrody Nobla, gdyby nie to, że obok stołu leżała kupka ziemi. Tyle, że to była ziemie okrzemkowa. Nitrogliceryna wsiąkła jak w gąbkę i dynamit gotowy.

            Młody Tomek Alva Edison też o mało co nie poszedł z dymem, kiedy jeden z jego eksperymentów wywołał pożar w zaadaptowanym na laboratorium wagonie. A potem, proszę – ponad tysiąc patentów. Nie miał tyle szczęścia Franuś Reichelt, krawiec z Austrii, który skoczył z Wieży Eiffla ze spadochronem o sztywnej konstrukcji. Sztywność przeniosła się na pasażera spadochronu na wieki.

            Maria Skłodowska-Curie pracowała odkrywczo nad czymś, czego nie było widać, a to już jest samo w sobie dziwne. Jej mąż Piotr rad nie rad, pomagał jej jak mógł. Kto by się tam fatalnymi skutkami promieniowania wtedy przejmował. Promieniotwórczy proszek dodawano nawet do pudrów kosmetycznych, ze skutkiem usztywniającym, jak wyżej.

            Z odkryciami geograficznymi też bywał kabaret omyłek. Przychodzi taki Krzysio Kolumb do Królowej Izabeli w okolicach Maya. Siedzą sobie – Izabela, Krzysztof, a ten drugi to Ferdynand. Na stole pieczeń, ciacho i kawa Inca. Kawę wypił, Azteca nie ruszył. Pani Izo, królowo złota, – powiada – drogę morską do Indii bym znalazł, opłaci się, tylko potrzebuję – drobiazg – trzy okręty i trochę złota.

Morzem będzie szybciej i będziecie jeszcze bogatsi – dorzucił błagalnym tonem. Ferduś był sceptyczny – wiesz, Krzychu, Ameryki to ty nie odkryłeś, tyle to każdy wie. Ale w końcu statki dali, Kolumb dopłynął do tego, co wziął za Indie zachodnie, choć to były Karaiby. Amerigo wiedział, że to nie Indie, i teraz mamy USA, a nie USC – tam można ewentualnie wziąć ślub, tez uważając, żeby się nie pomylić.

CDN

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s