Dyrdymały historii. Część IV

Historia jest, par excellence, nauką starą jak świat. Inne się rozwijają, zwłaszcza te, w ścisłym tego słowa znaczeniu, ścisłe. A ona cały czas się cofa, wraca, poprawia, skreśla, dopisuje. „Przepraszam, tu się myliłam, a tam to mnie celowo w błąd wprowadzili, ale teraz to już na pewno jest dobrze”. Dobrze jest do czasu, kiedy się okaże, że było inaczej. Ułomna i omylna mimo tylu uczonych głów nad nią pochylonych, jest przez to jeszcze bardziej ciekawa. Nawet jeśli nie do końca wiadomo, czy to Kozak ma na głowie rękę Tatarzyna, czy też na odwrót, Tatarzyn ma na głowie rękę Kozaka. Jak nic trzeba dzwonić po Pana Samochodzika.

Dyrdymały historii – część IV

© Mirosław L. Adamowski

          Z historią jest trochę jak z tym koniem, który wedle słów księdza Chmielowskiego z osiemnastego wieku, jaki jest, każdy widzi. Tymczasem poczciwa chabeta to chodząca tajemnica. Nie dla weterynarza, rzecz jasna. Koń otóż biega na palcach. Na środkowych. Nieładnie. A tak. Kopyto to paznokieć. Trawę wsuwa jak krowa, a nie ma czterokomorowego żołądka. Ma za to półtorametrowy wyrostek robaczkowy, który załatwia problem celulozy. Koń może spać na stojąco. Nie klapnie płasko po zaśnięciu. Ma w stawach kolanowych specjalne zatrzaski. Kiedy przychodzi czas na końskie lulu, gniady cofa kolana, zatrzaski zaskakują i można spać. Koń jest też – wierzcie lub nie – drugim po kobrze zwierzęciem o najszerszym polu widzenia. Wystarczy, że odpowiednio pochyli łeb – ma na nim rynienki, które pozwalają mu patrzyć w tył bez lusterek. O tym wszystkim ksiądz Benedykt, autor encyklopedycznych „Nowych Aten” raczej nie wiedział, a to przecież tylko dwa wieki z okładem temu.

            Historia nauką jest przedziwną. Interesuje ją przeszłość, z natury rzeczy w kamieniu kuta i nic tam zmienić nie można. Tymczasem to właśnie historia w miarę upływu lat i epok zmienia własny obraz, zmieniając go też nam. Bo ktoś wykopał skamieniałego mamutka i okazuje się, że mamutek biegał po chaszczach milion lat wcześniej niż sądzono. A to żółw z Galapagos, który miał wymrzeć, nie wymarł. Podobnie jak żyjąca jeszcze przed dinozaurami rybcia Latimeria. Całkiem niedawno złowiona, choć miało jej już dawno nie być. Wciąż się dowiadujemy, że to co było tak, wcale tak nie było. Wspomniana w poprzednim odcinku śruba Archimedesa, która do dziś nawadnia pola tu i ówdzie, wcale nie jest archimedesowa, tylko babilońska. A silnika parowego nie wymyślił Thomas Newcomen, tylko żyjący ponad dwa tysiące lat temu Heron z Aleksandrii. Zastosował taką maszynę, prostszej oczywiście budowy, do automatycznego otwierania wrót świątyni. Dwa tysiące lat temu. Mało tego, napisał książkę z dziedziny automatyki. Gutenberg wynalazł czcionkę ruchomą, która wcześniej i to dużo wcześniej, została wynaleziona przez Chińczyka Shenga.

            Anglosasi przyszli na wyspy z Niemiec i Skandynawii, a żeby było śmieszniej, przywieźli ich ze sobą w IV w naszej ery Rzymianie.  Mieli tam robić za ochroniarzy i najemników w służbie rzymskiej. Dynastia królewska Windsorów nosiła wcześniej nazwisko rodowe Saxe-Coburg-Gotha. Zmienił je dopiero król Jerzy V, pod presją doradców i polityków, bo trwała I wojna światowa. Nawiasem mówiąc, Jerzy V odmówił azylu swojemu kuzynowi, z wyglądu łudząco podobnemu, carowi Mikołajowi II, po jego abdykacji. Jak to się dla cara skończyło, wiadomo. No cóż, rodziny się nie wybiera.

Cdn. Nie dla cara Mikołaja, rzecz jasna.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s