Prosimy nie klaskać


Za trzy lata olimpiada w Paryżu. Tokio jest już historią. Jeszcze są echa, jakieś afery z rozlaną przez francuskiego maratończyka wodą, jeszcze wychodzą jakieś sprawy z dopingiem. Ktoś się czepia butów polskich sprinterów. Za miesiąc nie będzie już po tym śladu, bo trzeba nowych newsów i nowych sensacji, żeby reklamy się dobrze niosły. Taka kolej rzeczy. Tylko sportowe media będą wracały do tokijskiej olimpiady. Analizy, statystyki, oceny. Było na co popatrzeć i każdy mógł dla siebie znaleźć coś, co z zapartym tchem oglądał. Na marginesie, mieliśmy rzadko zdarzającą się okazję zobaczyć, jak się pływa do góry nogami.

Prosimy nie klaskać

© Mirosław L. Adamowski 2021

      Zmagania na olimpijskich bieżniach, pomostach i matach za nami. Ha, łatwo powiedzieć “za nami”. My w tej olimpiadzie startowaliśmy jako obsada sofy, wersalki, tudzież fotela. Z kawą w jednej ręce, pilotem w drugiej. A może ktoś wolał chipsy i piwo, bo po chipsach sushi. Oni tam, w sakramenckim upale i wilgotności, której nie powstydziłaby się sauna, walczyli o medale. Walczyli z innymi sportowcami i z własną niedyspozycją, słabszym dniem, tysiącem innych drobiazgów, które przekładają się na stracone sekundy, centymetry. Na podium miejsca mało, a chętnych, by na nim stanąć mnóstwo. Dla sportowca olimpiada jest końcem drogi. Ciężkiej, trwającej cztery lata mordęgi. Tym razem była jeszcze dłuższa, bo przecież Tokio 2020 musiało zaczekać rok, a i tak nie wiadomo było, czy w ostatniej chwili wirus nie zamknie stadionów i będzie po igrzyskach – zostanie nam tylko chleb.

Było tak jak zawsze. Faworyci wygrywali z wielką przewagą nad oponentami albo przegrywali ku własnej rozpaczy i zdumieniu. Bycie faworytem jest paskudnym przykładem presji trudnej do zniesienia. Każde miejsce inne niż pierwsze będzie odebrane jako porażka. Zwycięzca bierze wszystko, jak śpiewała ABBA, drugie i trzecie miejsca lśnią jeszcze tylko na podium, potem stają się pozycjami w statystykach, mimo, że srebro i brąz na olimpiadzie to ogromny sukces. Tak było nawet w starożytności. Wieniec laurowy i owszem, dla zwycięzcy. Całkiem inaczej ma się sprawa z debiutantami, z talentami, które objawiają się tuż przed albo już w trakcie igrzysk. Jak nasze gwiazdy – Patryk Dobek czy Dawid Tomala. Zwłaszcza ten drugi, bo jego nazwisko było praktycznie nieznane przed olimpiadą. Oni startowali bez tego balastu oczekiwań. Owszem, nadzieje, ambicje, sportowa motywacja, ale gdyby im nie wyszło, nikt by po nich walcem na konferencjach prasowych nie jeździł.

Tak jak na każdej olimpiadzie, nie obyło się bez sportowych tragedii. Upadki w kolarstwie, kontuzje na stadionie w decydującym momencie. Dyskwalifikacje – zawinione bądź nie. Nic gorszego dla sportowca po tych latach potu i wyrzeczeń, niż dowiedzieć się, że dalej już nie pobiegnie, nie powalczy, nie popłynie. Koniec, kropka, decyzja podjęta przy stoliku.

Główną rolę w Tokio zagrał jednak bohater nieobecny. Publiczność. Trybuny z krzesełkami w ciapki i kwadraciki w różnych odcieniach udawały, że są pełne, a kamerzyści pokazywali je, by realizator mógł za konsoletą sklecić z tego obraz łudząco przypominający pełny stadion. Gdyby nie my, na tej sofie, wersalce czy w fotelu, publiczności nie byłoby w ogóle, poza kolegami, trenerami i fotografami z girlandami obiektywów na umęczonych szyjach. Dopingowaliśmy naszych sportowców raczej po cichu, bo klaskać czy skandować nie uchodziło – sąsiedzi mogliby mieć pretensje.

Wirus znów mógł triumfalnie zachichotać. Miejmy nadzieję, że w Paryżu trybuny będą pełne, a jedyne maski będziemy oglądać na głowach szermierzy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s